sobota, 14 marca 2015

Black Label Society 11.03.2015

Hej dziewczyny!

Dzisiejszy post będzie raczej nietypowy dla wielu z Was - zupełny brak wzmianki o kosmetykach. 
Chciałabym Wam zdać relację ze środowego koncertu Black Label Society w B90. Ale może zaczniemy od samego początku.. 

W styczniu postanowiłam, że ten rok nie będzie nudny i zaliczę tyle koncertów i wyjazdów ile tylko się da - a raczej na ile pozwoli mi skromny studencki budżet oraz czas w pracy + uczelni. Oczywiście wyjazdów jest dużo mniej niż koncertów, chociaż to się troszeczkę zazębia ale zobaczymy co da się z tym zrobić ^^

W zeszłym roku kupiłam sobie bilet na Metal All Stars, na którym miało wystąpić bardzo dużo gwiazd a między innymi właśnie Zakk Wylde. Niestety koncert został odwołany w Gdańsku i obeszłam się smakiem. Szczerze mówiąc byłam bardzo zawiedziona. 

Dlatego jak tylko usłyszałam, że Zakk wraz z całym BLS ma zagrać w B90 nie było mowy żebym się tam nie pojawiła! Jestem absolutną fanką jego gitarowych riffów, szaleńczo melodyjnego głosu w balladach oraz dzikiego ryku w szybkich utworach. Uważam go za jednego z lepszych muzyków metalowych - chociaż trudno byłoby mi wybrać jednogłośnie jednego artystę z mojej 'maleńkiej listy'. 
Mimo tego, że Ola nie słucha takiej muzyki postanowiłam, że po prostu musi pójść ze mną - kto wie.. Może taka okazja nie powtórzy się już nigdy więcej? Oczywiście nie było mowy o zakupie biletu przez internet, strasznie chciałam dostać w swoje świerzbiące ręce wersję kolekcjonerską i zachować go sobie jako pamiątkę. 

Na sam koncert umówiłam się z moimi kolegami, którzy już kiedyś byli na Zakk'u i byli zafascynowani tym wydarzeniem równie mocno jak ja. Chociaż jestem skłonna się pokusić o stwierdzenie, że Rafał nawet bardziej - dzień wcześniej spotkał Zakk'a na mieście i miał z nim zdjęcie.. ZAZDROŚĆ. 
Nie będę Was zanudzała supportem, chociaż nie powiem Crobot dawało radę i bardzo fajnie rozbujali całą widownie, jednak my załapaliśmy się na jakieś 2-3 ich piosenki. 

Co do samego Zakk'a - nigdy nie czułam się tak zahipnotyzowana. To jakby spełniły się wszystkie moje marzenia w ciągu jednej sekundy. Sceneria była zupełnie magiczna, atmosfera wśród fanów napięta, a wyczekiwanie nie do zniesienia! Z Olą zmieniałyśmy pozycje chyba 3 razy - oczywiście, że uparłam się żeby stać jak najbliżej sceny -  w miarę możliwości. Raz stanęłyśmy obok pijanego faceta, który wykrzykiwał zupełne głupoty, drugi raz koło kolesia, który na pewno wciągnąłby nas do pogo, w którym nie miałyśmy zamiaru uczestniczyć. A trzeci raz był idealny, bo stało przy nas kilku chłopaków, którzy jak tylko zarejestrowali niebezpieczeństwo byli naszymi 'ochroniarzami'. 
Już kilka dni przed koncertem Rafał zaczął zachowywać się jak typowy psychofan i przekazał mi playliste - jeśli macie ochotę to zapraszam KLIK - jaką uraczyliśmy się w środę podczas występu, więc miałam czas na dokładne nastrojenie się : ) Oczywiście wszystkie kawałki się pojawiły i chyba w dokładnej kolejności. Angel of Mercy i In this river złapały wszystkich za serca i zgodnie śpiewaliśmy razem z Zakk'iem. 
Niestety jako karzełek - 168 cm - nie miałam super ekstra widoczności dzięki tym bykom, którzy stali przede mną ale bardzo dawałam radę. Stawałam na palcach, kręciłam się i co chwilkę miałam pełny ekran sceny :D Narobiłam tysiąc zdjęć telefonem o nienajlepszej jakości oraz kilka filmików na których słychać od krzyków po muzykę, przekleństwa i dzikie wiwaty. 


Cóż mogę powiedzieć o wszystkim ? Fani wykazali się wysoką kulturą, z tego co widziałam nie doszło nigdzie do bijatyki. W pogo brały udział osoby, który miały na to ochotę, a w sumie każda osoba mogła bez problemu zająć takie miejsce na jakie miała tylko ochotę. 


Po powrocie do domu czułam się bardzo dziwnie - byłam usatysfakcjonowana ale też w szoku - tak szybko minęło? Tyle czekałam i już? Nie czułam się oszukana, czułam się spełniona i zadowolona ale chciałam przeżyć to jeszcze raz i jeszcze i jeszcze :D Mam nadzieję, że to nie było moje ostatnie spotkanie z Black Label Society, że ponownie usłyszę ponad 10 minutową solówkę Zakk'a i będę znów skakała, szalała i darła się w takt Stillborn czy Suicide Messiah.


Jeśli chodzi o B90 słyszałam już od wielu znajomych - bardzo dobre nagłośnienie, dobra lokalizacja, wszystko super. I rzeczywiście jest co chwalić. Organizacja, bar, szatnia, toalety, NAGŁOŚNIENIE - wszystko jak należy. Nie było mowy żeby coś mogło się komuś nie podobać. 

Z resztą ? Kogo obchodzą marudy ;D Było #$%^@ i tego się trzymajmy. 

See ya soon \m/

sobota, 7 marca 2015

Lutowe zużycia



Cześć dziewczyny!

Nie mogę uwierzyć że już jest marzec! Jeszcze nie tak dawno witaliśmy Nowy Rok, a teraz tylko patrzeć jak zrobi się ciepło : )

Oto nasze lutowe denko.


Essence zmywacz do paznokci. Był to nasz pierwszy produkt do zmywania lakieru tej firmy. Muszę przyznać że zmywacz był okej. Dobrze czyścił paznokcie z różnych lakierów przy tym nie wysuszał płytki paznokcia. Jedyne co mi odrobinę przeszkadzało to ogromny otwór przez który wylewało się za dużo produktu.
Może do niego wrócę.

Avon Anew krem na dzień. Byłam zadowolona niego tak samo jak z wersji na noc. Po więcej informacji zapraszam Was TU.

Skrub do ciała Avon z brazylijskimi jagodami Acai. Świetny produkt o którym nie zdążyłam zrobić recenzji… Jednak nic straconego bo na urodziny dostałam drugie opakowanie więc prędzej czy później jakaś notatka na pewno się pojawi:)

Safira relaksujący krem do masażu i pielęgnacji ciała. Pisałam o nim TU. No cóż zużyłam go do pielęgnacji stóp i do tego sprawdzał się idealnie.

Perfecta dotleniający mus do ciała. Kolejny dobry produkt, który nie doczekał się recenzji. Powiem tyle, pomimo lekkiej konsystencji świetnie nawilżał ciało nie tylko latem ale również zimą. Przypuszczam że wrócę do tego kosmetyku. Najpierw jednak muszę zużyć moje małe chomikowe zapasy :P

Mydło w płynie Luksja o zapachu lnu i mleczka ryżowego. Śliczny zapach a do tego świetnie doczyszczał dłonie z brudu. Czegóż chcieć więcej?

Isana balsam do ust o zapachu Wiśni. Dobrze nawilżał usta do tego był w świetnej cenie. Jednak jego zapach nie do końca mi odpowiadał. Nie kupię go ponownie.

Softino wilgotne chusteczki. Bardzo lubię mieć taki produkt przy sobie np. w czasie podróży lub po prostu w torebce. Świetnie nadaje się w trakcie nagłych sytuacji, dodatkowo pięknie pachniały.

Na koniec zostały dwa lakiery z Miss Sporty, które niestety zaczęły się niemiłosiernie ciągnąć. Dodatkowo udało nam się zużyć kilka próbek :D

Wkrótce znów się odezwiemy : )

sobota, 28 lutego 2015

Małe zakupy



Cześć dziewczyny!
Coś dawno nas tu nie było, dlatego tak na rozgrzewkę dzisiaj będzie post zakupowy :D

Zacznę od zakupu z którego jestem bardzo zadowolona a mianowicie z lakierów Golden Rose. Wybrałam sobie cztery kolory z kolekcji WOW!
- nr 18 to piękna brzoskwinia
- nr 28 czyli pastelowy fiolet
- nr 61 śliwka
-nr 88 grafit
Razem z Olą zaczęłyśmy już testowanie więc na pewno pojawi się jakaś recenzja:)Jedyne co mogę tym momencie powiedzieć to żałuję, że skusiłam się tylko na 4 odcienie.
W GR skusiłam się również na szminkę z serii Vision lipstick nr 125.
 

W Douglasie dorwałam mój ulubiony suchy szamponBatiste tym razem wersja pretty & opulent orienatl. Przy kasie pani poleciła mi czekoladową maseczkę, która akurat była na promocji.



Oprócz tego kupiłam Rexone , płyn micelarny z Tołpy, balsam do ust o zapachu banana oraz chusteczki do czyszczenia o zapachu białych kwiatów. Są to kosmetyki, które ostatnio pokazały się w Biedronce. I to by było na tyle.

niedziela, 15 lutego 2015

Warszawa część I

Hej dziewczyny!

W piątek wróciłam z Warszawy i jedyne co mogę powiedzieć - Czemu tak krótko? Praca, praca i praca. Aż szkoda było wracać - szczególnie tak rano - ale nic tak nie robi jak powrót do domu. W planach miałam troszeczkę zwiedzania, hasło 'hej ho przygodo!' oraz odwiedzenie kilku sklepów.

Przede wszystkim bardzo chciałam zobaczyć muzeum geologii. Także następnego dnia po przyjeździe postanowiłam wyznaczyć sobie trasę. Ciężko mi było poruszać się a) samej b) jestem totalnie uroczo beznadziejna jeśli chodzi o mapę, znajdowanie drogi, czy cokolwiek związanego z odnalezieniem się w nowym miejscu. Dlatego też strasznie mnie to ucieszyło, że bez problemu znalazłam się w muzeum.
Od samego wejścia zafascynował mnie szkielet mamuta. Taki wielki, taki ciężki, taki dumny! Zaparło mi dech w piersi. Podeszłam bliżej - pierwsza myśl - wyrwij kość i uciekaj; druga - co jeśli wszystko się na mnie zawali?
 
Obok znajdował się nosorożec włochaty oraz niedźwiedź. Święta trójca wyglądała na prawdę imponująco, a szkielety wywierały spore wrażenie. Nie jestem w stanie powiedzieć ile czasu stałam i wgapiałam się w kości, lub ile razy obchodziłam wystawę dookoła.
 
Następnie skupiłam się na na różnych odlewach i erozjach wulkanów ale same rozumiecie, mamut <3 

Po zwiedzeniu muzeum wybrałam się na zakupy do Galerii Mokotów, gdzie już troszeczkę opadłam z sił i opuściła mnie cała chęć na chodzenie po sklepach. Mimo wszystko zmusiłam się. Zaczęłam od Victorii Secret's, gdzie na wejściu od razu zaatakowała mnie ekspedientka. Tak - dzika pantera - wiem, że to jej praca ale skutecznie mnie odstraszyła. Przeszłam calutki sklep i stwierdziłam, że czuję się skrępowana pod jej bacznym okiem. Niestety wyszłam z niczym, co wcale nie poprawiło mi humoru. 
Później udałam się do kilku sklepów z odzieżą, gdzie spotkałam fascynatki zakupów i walki o ubrania.. Aż trafiłam do Stradivariusa, gdzie ku mojemu zdziwieniu się odprężyłam. Może dlatego, że znalazłam kilka interesujących mnie rzeczy. Po pierwsze - bardzo ładne i eleganckie torebki, po drugie - ubrania, które po przymierzeniu źle się układały - rozmiar albo za duży albo jeśli wybrałam mniejszy to materiał źle się układał szwach. Koszmar.. Mimo wszystko zdecydowałam się na piękną torebkę dla Oli, jako mój prezent z podróży.
W końcu trafiłam do Bath&Body Works, gdzie już totalnie odpłynęłam w mojej osobistej przyjemności. Podchodziłam do niemalże każdego jednego produktu i wdychałam te słodkie zapachy. Oczywiście i w tym sklepie zaoferowano mi pomoc, jednak Pani od razu zrozumiała, że sama muszę dojść do tego jaki zapach konkretnie przypadnie mi do gustu. Dzięki naszemu porozumieniu poleciła mi co mogę kupić i wycofała się do swoich spraw. Zdecydowałam się na zakup pięknej mgiełki zapachowej - japanese cherry blossom oraz 4 żeli antybakteryjnych - paris amour, winter candy apple, winter cranberry oraz odpowiednik mgiełki.

Uważam, że to był bardzo udany pierwszy wypad na zakupy.
Wkrótce poznacie moje dalsze przygody. Mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu ta forma postu. :) 

Pozdrawiam, 
Agata 


niedziela, 8 lutego 2015

Podróżna kosmetyczka

Hej dziewczyny!

W tym roku pierwszy raz od bardzo wielu lat postanowiłam wyjechać na ferie. Zawsze albo szukałam wymówki albo rzeczywiście warunki jakoś nie sprzyjały – nauka do sesji poprawkowej, zła pogoda, inne plany.


Teraz nie szukałam wymówek, co więcej starałam się wynaleźć jak najwięcej argumentów żeby się gdzieś wyrwać. W pracy na razie mam luźniejszy grafik, na studia na razie nic nie muszę przygotowywać. Czego chcieć więcej? – Pieniędzy i pomysłów :D

Postanowiłam spędzić kilka dni w Warszawie, gdzie zatrzymam się u rodziny. W planach mam zwiedzanie przeróżnych miejsc, odwiedzenie kilku sklepów i spędzenie miło czasu. Niestety moi znajomi wyjeżdżają akurat jak ja wracam, więc troszeczkę za późno się zgraliśmy ;p Ale sama też dam radę.

Chciałabym Wam pokazać moją podróżną kosmetyczkę. Wiele z Was uzna, że i tak biorę za dużo – tak, tak sam też sobie zdaję z tego sprawę – ale kto wie co mi będzie potrzebne danego dnia? Nie byłabym sobą gdybym tyle nie zabrała.


Po pierwsze kolorówka – podkład, bronzer, róż, cienie – często maluję się w zależności od tego jak wygląda moja buzia z samego rana. Jeśli wszystko jest ‘w porządku’ lub czuję, że to będzie dobry dzień lubię pomalować się na ciemno lub w odcieniach rudości. Natomiast jeśli przeczuwam, że coś może pójść nie tak maluję się asekuracyjnie – brązy. Oczywiście eyeliner, czarna kredka bez której się nie ruszam, szminka w sztyfcie oraz błyszczyk.


Po drugie – pielęgnacja – postawiłam na minimalizm tj. próbki. Nie chciałam brać pełnowymiarowych produktów, bo chyba musiałabym jechać ciężarówką :D Oczywiście nie ruszę się z domu bez mojego sztyftu od Dove i dezodorantu. Postawiłam również na wodę toaletową od oriflame – została mi końcóweczka więc mam nadzieję, że niedługo uda mi się ją wykończyć :p
Zabieram jeszcze mały ręczniczek do twarzy, płyn micelarny odlany w małą buteleczkę i 1 lakier do paznokci i płyn antybakteryjny ;p


Tak jak napisałam, wiem że to i tak za dużo ale może będę w nastroju na robienie pełnych makijaży..  
Jeśli któraś z Was ma pomysły co mogłabym zwiedzić – podstawowe miejsca już odwiedziłam – lub sklepy, które koniecznie muszę zobaczyć dajcie znać. A może macie ochotę się ze mną spotkać wt –czw na kawie?


 Pozdrawiam Was serdecznie : )

czwartek, 5 lutego 2015

Styczniowe denko




 Cześć!

Dziś chciałabym pokazać Wam co udało się nam zużyć w styczniu. Już teraz mogę się przyznać że pozbyłyśmy się kilku lakierów. I chyba właśnie od tego zaczniemy :)



Flormar Supermatte Nr M112. Muszę powiedzieć, że mimo nazwy ‘supermatte’ lakier nie był matowy, mimo to nie przeszkadzało mi to. Miał piękny głęboki kolor i dlatego odkupię go.. Zresztą więcej o nim znajdziecie TU.

Miss Sporty Lasting colour 080. Zwykły czarny lakier, niestety po koniec strasznie się ciągną. Raczej nie kupie go ponownie. Chciałabym się skusić na czarny mat.

New collection Sensique Trendy nails nr 206, czyli brokat. Używałyśmy go dosyć często co możecie zobaczyć po zużyciu:) Niestety bardzo ciężko go wydostać z buteleczki więc trafia do denka.

Wibo extreme nasil nr 43. Jasny fiolet który pięknie wyglądał zarówno na krótkich jak i na długich paznokciach. Byłam z niego bardzo zadowolona. Z tej samej serii mam jeszcze szary kolorek.

To tyle z lakierow teraz przejdę już do pielęgnacji.

Pantene pro-V szampon i odżywka 2 w 1 do włosów farbowanych. Fajny produkt dzięki któremu farba na moich włosach utrzymywała się trochę dłużej. Jestem zadowolona z efektu jaki szampon zostawił na mojej czuprynie :D.

Kolejny szampon, który udało nam się zużyć to Bingo Spa szampon jajeczny z kolagenem. Powiem tak - dobrze że już się skończył. Strasznie rzadki do tego prawie w ogóle się nie pienił. Słabo mył, miałam wrażenie że moje włosy po wysuszeniu są tłuste :/. Szczerze go nie polecam.

Suchy szampon Batiste tym razem wersja cool & crisp fresh.Bardzo polubiłam się z suchymi szamponami. Zawsze kiedy wydaje mi się że mam już ich dosyć, to siegam po nie ponownie.

Odświeżająca woda do demakijażu o zapachu koniczyny. Cieszę się że już się skończył. Więcej informacji o nim znajdziecie TU.

Kolejny bubel, który zużyłyśmy to żel pod prysznic Bale young Sweet Wonderland. Miał pachnieć czekoladą… niestety zapach pozostawiał wiele do życzenia. Jedynym plusem tego kosmetyku była jego wydajność, a raczej jej brak. Jeśli macie ochotę poczytać o nim więcej zapraszam TU.

Antyperspirant FA Nutri skin przeciw białym i żółtym palmom. Przede wszystkim pięknie pachniał i długo chronił przed nieprzyjemnymi zapachami. Do tego faktycznie nie zauważyłam aby pozostawiał plamy na moich ubraniach. Czegóż można chcieć więcej.

Dezodorant do stóp Fuss Wohl. Świetnie odświeżał stopy. Bardzo często sięgałam po niego w wakacje tuż przed założeniem moich melsiek – dzięki niemu świetnie trzymały się w nich stopy.

Avon – Anew Vitale – krem na noc. Kremik pięknie pachniał, zupełnie jak odzywka do włosów której kiedyś używałam – wiśniowo. Świetnie nawilżał skórę i pozostawiał ją mięciutką i wypoczętą.

 Miniaturka kremu do rąk L’occitane o zapachu piwoni. Zapach jak i sam krem był cudowny. Teraz rozumiem zachwyty nad kremami tej firmy. Jednak cena jak na razie odrobinę mnie odstrasza. Zobaczymy na jak długo :P

Na koniec dwa wyrzutki z Avonu.
Błyszczyk o nazwie start up pink oraz glicerynowy krem do rąk i paznokci.

Uff to by było na tyle. Troszkę nam się tego nazbierało… Teraz lecę zobaczyć co Wam udało się zużyć :D

niedziela, 25 stycznia 2015

Zakupy internetowe - główny pochłaniacz czasu.

Cześć dziewczyny!

Kilka miesięcy temu postanowiłyśmy ostro brać się za denkowanie nie tylko pielęgnacji - chociaż na to kładziemy szczególny nacisk - ale również kolorówki. Przy każdym denku staramy się pozbyć starego cienia/kredki. Nie ma po co trzymać tych staroci w szczególności, że ich nie używamy i zajmują miejsce w kosmetyczce. 

Po ostatnich egzaminach Ola namówiła mnie na chwilkę relaksu i zwiedzanie sklepów internetowych z kosmetykami. Oczywiście nie obyło się bez 'chce.. o i to też.. O BOŻE'. Zamówienie zrobione na mintishop.pl, paczuszka dostarczona, czas podzielić się z Wami ostatnimi zakupami. 


O Makeup Revolution London marzyłyśmy już od dawna - jak tylko pojawiły się w sklepach. W pierwszej kolejności chyba obie zwróciłyśmy uwagę na Blushing Hearts ale wzięłyśmy to na klatę i przemilczałyśmy temat. Ostatnio jednak nasze 'chciejstwo' zwyciężyło i 'dałyśmy się namówić' na małe zakupy. 


Na wstępie zaznaczę, że jesteśmy maniaczkami róży! Dlatego też tym razem kupiłyśmy to urocze serduszko - potrójny wypiekany róż - Blushing Hearts. Na początku myślałam, że to będzie jakieś maleństwo, jednak Ola od razu wyprowadziła mnie z błędu i pokazała rzeczywiste rozmiary tegoż produktu. Jak na razie jesteśmy mega zadowolone i już nie mogę doczekać się aż go wypróbujemy. 

Pozostając przy różach przejdźmy do palety All About Cream. Pierwotnym planem było zakupienie zupełnie innego produktu, nawet w zamówieniu wybrałam Sugar and Spice. Jednak w dzień kompletowania okazało się, że sklep nie ma już jej na stanie.. Mhmm minti dało dupy (ups),.. Więc wybrałam swoją paletę, która jest nieco inna, bo kremowa ale kolorki wyglądają bardzo zachęcająco :) Jestem ciekawa jak będzie się sprawowała :)


Kolejno zdecydowałyśmy się na Szminkę od MUA - Luxe Velvet - matowa szminka Criminal. Miłość od pierwszego wejrzenia - intensywny różowy kolorek nadający matowe wykończenie! Tutaj miałyśmy mały dylemat co do tego, który kolorek wybrać ale najbardziej przemawiał do nas właśnie ten odcień <3

Ostatnio również marzyła mi się kolejna paletka ze Sleeka. Bardzo lubię ich produkty, kojarzą mi się z pierwszymi krokami na blogu i odbieram tę markę sentymentalnie. Wybór wahał się miedzy paletką Garden of Eden, a Vintage Romance. (Nie)Stety podczas zamówienia nie zwróciłam uwagi na Garden, po prostu nie rzuciła mi się w oczy na stronie. Kolorki wydawały mi się mdłe i przejechałam kursorem w dól w poszukiwaniu Vintage. Jestem zachwycona! Ciemne kolorki, dużo brokatów i chociaż szczególnie za tym nie przepadam, to prezentują się pięknie. Kto wie.. Może Garden of Eden również znajdzie się w mojej kolekcji :)


Na koniec skusiłyśmy się na Invisibobble gumeczki - ciekawe jak się sprawdzą. Czytałyśmy wiele dobrego o nich i czas przetestować ich działanie. 

Na dzisiaj to tyle, wracam do nauki - ciężki tydzień. Dajcie proszę znać czego jesteście najbardziej ciekawe. Co chciałybyście zobaczyć najpierw? A może macie któryś z produktów i chcecie podzielić się swoją opinią? 

Buziaki :*