niedziela, 23 października 2016

Mój pierwszy korpo miesiąc

Hej kochani!

Jak zawsze mamy mniej czasu niż byśmy chciały. Tym razem to powód troszeczkę bardziej "wyjątkowy". Ponad miesiąc temu rzuciłam starą pracę w hotelu oraz znalazłam inną. W związku z tym praktycznie od miesiąca mam nową - korpo - pracę. 

Chciałabym Wam opowiedzieć jak moje życie się zmieniło z pracy zmianowej 7-19, 19-7, święta, nocki, brak wyboru wolnego (umowa zlecenie); na zwykłe, szare 8h.  

Praca w hotelu była bardzo dobrym sposobem na zarobienie pieniędzy podczas studiów i nie tylko. Dawała mi wiele możliwości współpracy z ludźmi, przychodzenie na zmiany zgodnie z moim harmonogramem na uczelni oraz mogłam spokojnie uczyć się na egzaminy na nocnych zmianach. Zaraz na pewno wiele z Was pomyśli - praca to praca, nie ma czasu się uczyć czy robić inne rzeczy, jednak to stanowisko pozwalało mi na wiele. Można spokojnie połączyć naukę z pracą nie wykluczając przy tym ani jednego ani drugiego. 

Minusem bycia recepcjonistką na pewno jest fakt pracy 24h/dobę 7 dni w tygodniu, bez względu na wszelkie okoliczności np. święta. Na tym stanowisku przepracowałam prawie 3 lata i spędziłam w pracy 2 razy Wigilię 7-19 i 2 razy sylwestra z tymże raz noc, raz dzień. I tu już uwielbiam podejście 90% ludzi - nie wezmę dziennej zmiany sylwestrowej bo idę na imprezę, bo robię imprezę, bo to sylwester. SUPER - rok temu wróciłam o 19 do domu a i tak byłam w stanie jeszcze wyjść na zabawę - no problem. 

Przy zbliżającym się terminie końca studiów obiecałam sobie znaleźć nową pracę. Gdzieś, gdzie nie będę pracowała w nocy - spała w dzień, a przynajmniej na umowę o pracę. 

Zgodnie z powyższym powoli po obronie zaczęłam rozglądać się za stanowiskami odpowiadającymi mojemu zawodowi. Wysłałam dosłownie 4 CV na próbę i postanowiłam poczekać co się wydarzy. Z tego co pamiętam zaczęłam wysyłać w środę - wysłałam 2, czwartek 1 i piątek 1.
W poniedziałek uzyskałam już 2 odpowiedzi. Jedna z nich była więcej niż pozytywna ale wymagała dalszej selekcji. Natomiast druga niezupełnie odpowiadała na moją aplikację.

Koniec końców dostałam pracę w korporacji. Nie wiem dlaczego ale zawsze chciałam tego spróbować! Chyba wyobrażenie o "wielkim świecie" i sceny w filmach zrobiło swoje. 

Rozmowa rekrutacyjna była tak na prawdę rozmową, byłam wtedy TAK strasznie zestresowana, że myślałam że nie pójdę nawet do tego budynku ale wszystko przebiegło gładko. Świetna atmosfera! Pośmialiśmy się i porozmawialiśmy jak równi sobie. 

Co się zmieniło?

Umowa o pracę, codzienne wstawanie, wolne weekendy, współpraca z ludźmi - a nie tylko praca z ludźmi. Miejsce tętniące życiem, mam z kim porozmawiać - a nie jak w hotelu, wszyscy goście szli do pracy a ja do 15 siedziałam i klikałam na komputerze. Oczywiście będzie się zdarzało, że będę musiała przyjść w święta do pracy ale to już nie jest dla mnie takim wyrzeczeniem jak sylwestrowa lub wigilijna noc. 

Do hotelu mogłam ubierać dosłownie w co chciałam. Nocne zmiany to zazwyczaj T-shirt, jeansy i bluza z kapturem. Na dzień wystarczyło założyć cokolwiek niezobowiązującego byle wyglądało ładnie i schludnie. 
W tym przypadku to nie przejdzie. Nie mówię, że koszule są wymagane, jednak 90% mojej garderoby idzie w niepamięć. Jeansy, trampki mogę założyć w weekend albo wieczorem do sklepu. Do korpo zakładam sukienki, koszule ze spodniami albo spódnicami.
Nie jest to do końca mój styl ale i tak ubieram się bardziej po swojemu niż po ichszemu - koszula w liski, bluzka z kołnierzykiem i szopami <3 Wszystko wygląda elegancko i schludnie bo nadal jestem pod kołnierzykiem :)

Atmosfera i podejście ludzi jest bardzo różne. Zdarzają się przypadki osób myślących tylko i wyłącznie o pracy i awansie przez co stają się nie do zniesienia. Zobaczcie jak muszą emanować takim zachowaniem skoro ja po niecałym miesiącu mam dosyć przebywania w ich towarzystwie.

Oczywiście na terenie budynku jest stołówka, gdzie w wolnym czasie można zjeść ciepły posiłek. Zakupiony lub przyniesiony przez siebie z domu. Jednak nie do końca polecałabym zakup jedzenia na stołówce. Jadłam tam ok. 6 razy i nigdy nie dałam im więcej niż 6/10. Jedzonko jest mdłe i podawane na zimno, gdzie trzeba je podgrzać. 

Oczywiście początki są trudne, trzeba się nauczyć nowych rzeczy. Nie każdy jest cierpliwy, nie każdy pamięta jak to było na początku ale grunt to nie tracić równowagi. 

Jak dla mnie to duża, poważna zmiana. Na prawdę. Jak na razie pierwszy miesiąc jest dla mnie w 90% bardzo pozytywny. Muszę trzymać gardę, nauczyć się wszystkiego żeby jak najszybciej móc pracować na swoją opinię wśród innych.

 Na pewno kiedyś mi zbrzydnie zachwyt i popadnę w rutynę, już czasem z samego rana tak mam ale nie mam co narzekać. Podobno praca w korporacji jest męcząca i wycieńczająca, ale gdzie nie jest? To zależy od stanowiska, tego co robisz, jacy ludzie Ciebie otaczają.

 Jest dobrze, nawet BARDZO. Mogę się tylko cieszyć, że tak szybko udało mi się zmienić miejsce pracy, na takie jakie chciałam, zgodnie z wykształceniem. 

A jakie jest Wasze doświadczenie z nową pracą? Ile czasu Wam zajęło szukanie nowego miejsca pracy? A może wielkie korporacje Was odrzucają?

sobota, 15 października 2016

Zużycia września

Witam,

kolejny miesiąc za nami więc przyszedł czas na zużycia.




Soraya łagodzący balsam po opalaniu, wprost idealnie sprawdził się na urlopie. Chodź z Agą jesteśmy siostrami to każda z nas ma inny typ skóry. Ja opalam się od razu na brązowo natomiast Aga opala się na 'różowo' dopiero po jakimś czasie jej skóra jest lekko brązowa (typ blondynki lub rudzielca). W związku z tym pomimo że miałyśmy ze sobą filtr 30 to i tak bardzo pomocny okazał się ten balsam. Po wsmarowaniu go w skórę odczuwalne było uczucie ulgi oraz natychmiastowe wchłanianie się produktu.

Kolejny produkt to żel antybakteryjny Bath & Body Works Paris amour. Żel miał śliczny różowy kolor wewnątrz zatopione były drobinki brokatu. Po roztarciu go na skórze unosił się cudowny zapach. Jedyne czego żałuję to że nie kupiłam mgiełki o tym zapachu. No i może tego że nie ma w Gdańsku sklepu BBW.

Sensique summer blush w końcu udało mi się go zużyć. Nie był to jakiś wybitny róż i szczerze mówiąc dobrze że była to jedynie limitka.


Hitem szamponów okazał się Dove  pure care dry oil. Kupiłam go rok temu, ponieważ miałam okazję używać go będąc u rodziny. Byłam zachwycona jego zapachem oraz stanem moich włosów po aplikacji. Świetnie oczyszcza włosy i skórę głowy, łagodzi wszelkie podrażnienia i sprawia że włosy są jedwabiste w dotyku. Chciałabym wypróbować jeszcze inne wersje szamponów Dove ale z miłą chęcią do niego wrócę :)

Płyn do jamy ustnej Prokudent Med Rossmann. Jest to jeden z produktów po którego sporadycznie sięgam. Niestety nie mam w nawyku po umyciu zębów stosować płyn do płukania jamy ustnej, ponieważ zawsze odkładam go tak, że nie jest w zasięgu wzroku. Może w przyszłości zmienię swoje nawyki :)

I klasyka gatunku czyli kolejne opakowanie mojego kultowego ogórkowego toniku z Ziaji. Często używam na przemiennie z innymi tego typu produktami. Jednak do niego wracam zawsze ;)

Essence korektor match 2 cover korektor w kremie. Stronę jaśniejszą używałam na cienie pod oczy natomiast ciemniejszą jako korektor na niedoskonałości. Mimo, że wydaje się mały jest naprawdę wydajny.

Dezodorant Adidas całkiem przyjemny zapach. Cóż mogę o nim powiedzieć, chronił mnie przed nieprzyjemnym zapachem... i to tyle albo aż tyle.

Tusz do rzęs Maybelline lash saensational pomimo pół okrągłej szczoteczki całkiem nieźle radził sobie z moimi rzęsami. Podkręcał, rozczesywał czyli to na co głównie stawiam używając tego typu kosmetyków. 

Odżywka do paznokci Eveline SOS dla kruchych i łamliwych paznokci. Nie był to mój ulubiony produkt, jednak na dłuższą metę się sprawdzała. Zapobiegała łamaniu się paznokci i stanowiła dobrą ochronę przed lakierami. 

Gąbka do nakładania makijażu. Produkt, który za równo mnie zachwycał jak i na początku denerwował. W szczególności używałam gąbeczki do nakładania produktów 'na mokro' i w tej roli sprawdzała się świetnie. Natomiast jeśli chodzi o używanie jej na sucho - mówię stanowcze NIE.  

Życzymy Wam udanego weekendu :* 

niedziela, 9 października 2016

Targi kosmetyczne Amber Expo

Hej!

Wczoraj w Gdańsku rozpoczęły się dwudniowe targi kosmetyczne. Jak co roku miałyśmy przygotować listę potrzebnych kosmetyków i jak zwykle nic z tego nie wyszło. A oto co wróciło z nami do domu. 
Na stoisku OPI zaopatrzyłyśmy się w miniatury:
  • dwóch balsamów, które wprost idealnie będą pasować do torebki nasze zapachy to lawenda z wanilią oraz słodka cytryna
  • lakiery: pudrowy róż idealny do pracy, krwista czerwień oraz bardzo ciemny fiolet


Takie maluchy są idealne do przetestowania jeśli się nam spodobają może na następnych targach zaopatrzymy się w większe buteleczki.

Kolejne stoisko z lakierami oraz wszelkiego rodzaju przyrządami do paznokci, które odwiedziłyśmy to Euro Fashion. Tutaj skusiłyśmy się na zmywacz bezacetonowy o zapachu mango, folię do paznokci a także lakiery. Każdy z nich jest naszą 'nowością'. Głównie stawiałyśmy na kolory typowo jesienne jednak trafił się jeden jasny różyk idealny do pracy (Misa nr 243) a poza tym:
  • Savina- burgundy
  • China Glaze spitfire- ciemna czerwień z drobinkami będzie idealna również na zimę, mr. & mrs.- szary z drobinkami różu oraz fioletu cuuudo :D

 
 Ostatnie stoisko na którym zrobiłyśmy zakupy to Sylveco. Co roku wychodzę od nich z kolejnymi produktami którymi się zachwycam. Tym razem skusiłam się na:
  • Vianek nawilżająco-wygładzający peeling do ciała z nasionami czarnuszki 
  • Kojący żel do higieny intymnej z ekstraktem z liści borówki brusznicy również Vianek
  • kolejne opakowanie tymiankowego żelu do twarzy Sylveco
  • jako gratis otrzymałyśmy nawilżająco-regenerujący krem do twarzy na noc z olejem z pestek winogron oraz olejkiem lawendowym Biolaven organic

 

Uff to by było na tyle z targów. Niedawno dokupiłam oczywiście kolejne woski, sezon grzewczy uważam za w pełni otwarty. Ostatnio w moim pokoju najczęściej pachnie amber moon. A do kolekcji ^^ dołączyły: autumn night, ebony & oak, honey clementine i forbidden apple natomiast z kringle fresh air oraz setsail.


Pochwalę się Wam również prezentem jaki otrzymałam od koleżanek z pracy na urodziny. Wiedzą co lubię najbardziej :D


 Kubełek do picia oraz komplet różnych herbatek zestaw kosmetyków z YR oraz trio czekoladek pyszotka :d

I tym miłym akcentem życzę Wam udanego wieczoru :*

niedziela, 2 października 2016

Kolory jesieni- Essie Luxedo

Hej, 

jak Wam mija weekend? U mnie jest to jedyny moment kiedy mogę usiąść i spokojnie napisać post. Dziś na celowniku jeden z moich ulubionych lakierów. 

z lampą

Essie Luxedo to bardzo ciemny fiolet, który wpada w czerń. Lakier ne zawiera drobinek, a jego konsystencja jest dość rzadka. Jednak absolutnie nie przeszkadza to w malowaniu paznokci. Nakładam go standardowo jak wszystkie lakiery, dwie cienkie warstwy, które dają pełne krycie. Kolor idealnie pasuje na jesienne wieczory oraz pochmurne dni, pięknie wygląda na długich a także krótkich paznokciach. 
Wytrzymałość  jest taka sama jak w przypadku innych lakierów Essie czyli ok. 5-6 bez poprawek. 
bez lampy  

Dajcie znać jak Wam się podoba. A może macie swoich innych ciemnych ulubieńców?

niedziela, 25 września 2016

Jak zaczęła się moja przygoda z brwiami

Hej dziewczyny!

Dzisiaj porozmawiamy o temacie, który według mnie jest troszeczkę sporny. Wiele z Was uważa, że makijaż bez podkreślonych brwi jest niekompletny. Ja natomiast uważam, że jeśli ktoś ma ładne naturalne brwi w odpowiednim kolorze to nie musi używać już dodatkowo kosmetyków.

Od niedawna ja również sięgnęłam po kosmetyki do brwi. Wszędzie zapanował szał na ciemne i estetyczne brwi, więc stwierdziłam 'czemu nie'. Dlatego też wyposażyłam się w kredkę, którą niejedna z Was polecała Maybelline New York BROWstatin w kolorze medium brown.Aktualnie używam jeszcze pudru do brwi z Golden Rose, który bardzo przypadł mi do gustu ale o nim innym razem.


Na samym początku nie byłam do niej przekonana. Brwi wydawały mi się być za ciemne, zbyt rzucały się w oczy i wyglądało to po prostu śmiesznie. Później jednak, z biegiem czasu zaczęłam się do tego przyzwyczajać. Mimo moich obaw produkt jest dziecinnie prosty w użyciu.


Z jednej strony wyposażony jest w kredkę, z drugiej natomiast w aplikator na którym znajduje się puder do brwi. Nigdy ale to nigdy nie używałam dwóch końcówek na raz. Nie jestem fanką zwracania cudzej uwagi na moją twarz (w szczególności wykonując super mocny makijaż), więc zaznaczam obszar nad oczami raczej subtelnie. 

Kredka jest oczywiście bardziej precyzyjna, jednocześnie nadaje mocniejszego koloru naszym brwiom. Natomiast pudrem można zaznaczyć większy obszar przy jednym pociągnięciu. W drugim wariancie kolor jest mniej nasycony i dzięki temu można uzyskać bardziej subtelny efekt.


Kolor medium brown to nic innego jak szaro-brązowy kolor kredki. Jeśli chodzi o puder tutaj mamy styczność z jaśniejszym odcieniem niż w pierwszej końcówce. Puder jest brązowy troszeczkę cieplejszy, posiada mniej szarych odcieni.

Z początku używałam tylko pudru, ponieważ zawsze się śpieszyłam i musiałam szybko wybiec z domu. Teraz, gdy już nabrałam wprawy wystarczy kilka sekund aby wykonać kredką naprawdę dobrą robotę.

Szczerze mówiąc nie zawsze chwytam się produktów do brwi, bo uważam że ich naturalny wygląd mi wystarcza. Nie poświęcam nie wiadomo ile czasu na wykonanie makijażu i nie uważam tego za lenistwo czy niedbalstwo. Po prostu czasem nie potrzeba poprawiać czegoś co jest piękne :)

Jednak produkt Maybelline jest idealny na pierwszy raz. Pozwala zachować równowagę przy naturalnym wyglądzie i makijażu. Jeśli, któraś z Was jeszcze nie zaczęła swojej przygody z podkreślaniem brwi bardzo polecam tę kredkę w szczególności, że niedługo będzie można kupić ją w rossmannie po atrakcyjnej cenie.

Jakie są wasze wrażenia z tym produktem? Dajcie znać czy jesteście zadowolone.

sobota, 17 września 2016

Relaks z Yankee Candle

Hej dziewczyny!

Nie wiem jak Wy ale uwielbiam ciepłe wieczory kiedy można zrelaksować się z drinkiem w ręku. Niestety ostatnio noce stają się coraz zimniejsze dlatego warto łapać jeszcze te cieplejsze dni.


Dzisiaj chcę Was zaprosić na recenzję owocowego wosku YC Bahama Breeze. Na etykietce widnieje obrazek apetycznych drinków.  Po rozgrzaniu tarty w pomieszczeniu rzeczywiście unosi się słodki zapach ananasa i grejpfruta.

Sam zapach kojarzy mi się z wieczornymi pogawędkami na balkonie przy owocowych koktajlach. Otula nas orzeźwiającą wonią soczystego ananasa, cierpkiego grejpfruta i słodkiego mango. Można się przy nim zrelaksować, zapomnieć o troskach, pomyśleć o wakacjach.

Chętnie po niego sięgam w czasie ciepłych dni oraz potrzebuję chwili orzeźwienia.


Kolejną tartą jest Grapevine&Oak - zapach bardziej męski, otulający, podnoszący na duchu, zapewniający ukojenie po długim dniu. 

Jak sama nazwa wskazuje jest to zapach winorośli z leśnymi nutami. Daje nam poczucie kontaktu z naturą. Jest to jeden z tych delikatniejszych, mniej intensywnych zapachów. W dużej mierze czuć owocową nutę ale również składnik X - czynnik męski :) Z pewnością chętnie będę po niego sięgała w te zimniejsze dni, kiedy to będzie mi potrzebna chwila otulenia.

Dajcie znać jaki jest Wasz ulubiony wosk na ciepłe dni!


niedziela, 11 września 2016

Sierpniowe zużycia

Hej!

Dzisiaj przyszedł czas na kolejny post ze zużyciami. Nie ma tego wiele jednak jak się buzia cieszy gdy udało się znowu coś wykończyć. Niestety zazwyczaj jest tak, że zaraz po denku pojawia się post zakupowy. Niestety jestem tym typem co zużyje jeden kosmetyk, a na jego miejsce kupuje kolejne dwa o.O


Dobra nie przedłużając zacznę może od żelu pod prysznic Avon Garden of Eden. Muszę przyznać, że był całkiem niezły. Dobrze mył, nie wysuszał skóry. Początkowo myślałam że zapach nie będzie mi odpowiadał, w opakowaniu pachniał 'kwiaciarnią'. Jednak po rozprowadzeniu go na skórze uwalniał całkiem przyjemne dla nosa aromaty.

Teraz dwa produkty do włosów. Batiste suchy szampon sweet & delicious. Mój ulubieniec, o samych właściwościach nie będę się rozpisywać bo chyba każdy już o nim słyszał. Powiem tylko tyle że ta wersja zapachowa jest obłędna :D.

Maska do włosów farbowanych Bania Agafii. Bardzo fajny produkt, dzięki niemu moje włosy dłużej zachowywały kolor a do tego dobrze się rozczesywały.

Dezodorant Adidas natural vitality, piękny zapach który długo utrzymywał się na mojej skórze.

Kolejny dezodorant tym razem w kulce z Avonu. Osobiście nie przepadam za tego typu kosmetykami, nie lubię kiedy mam 'mokro' pod pachami. Do tego mam wrażenie że słabiej chronią niż sztyfty lub te w spray'u. W tym przypadku milo się zaskoczyłam dosyć długo chronił mnie przed nieprzyjemnym zapachem. Mimo to nie wrócę do niego.

Kolejny kosmetyk z Avonu to woda toaletowa Summer White Sunset - piękny letni delikatny zapach, po którego sięgałam z wielką chęcią. Jestem posiadaczką jeszcze dwóch odmian bright i sunrise, które również świetnie nadają się na ciepłe dni.

Skoro jesteśmy już przy zapachach to udało się nam również zużyć wodę toaletową z the body shop - shea, o którym była mowa TU. Piękny ciężki wręcz męski zapach. Na pewno będzie mi go brakowało, jednak nie skuszę się na niego ponownie.

Do wyrzutków także trafiły dwa woski YC - Berrylicious oraz Ginger Dusk, Ani jeden ani drugi specjalnie jakoś mocno nie przypadł nam do gustu.

W nadchodzącym tygodniu miejmy nadzieję, że nadrobimy zaległości na Waszych blogach, ponieważ dopiero co wróciłyśmy z wakacji.Buziaki!